Powered by Smartsupp
Przejdź do treści
AKTUALNE OFERTY -20-30% | ZOBACZ

Velence (nie Wenecja!), gondole... 100 km!

Velence, gondolák...100km! - Hammer Nutrition CEE

Moja historia z Mistrzostw Węgier na 100 km w Velence.


Rozpoczął się mój ultrasezon 2018. Pierwszym startem były Mistrzostwa Węgier na 100 km w Velence. Do tej pory tylko raz, w grudniu ubiegłego roku, biegłem w zawodach na 100 km. Wcześniej startowałem w biegach 12-godzinnych. Trzeba wiedzieć, że w niektórych kręgach ultrabiegaczy taki dystans uchodzi za coś w rodzaju „sprintu”. Dlaczego? To wyjaśni się niżej.


Kiedy wybierałem te zawody, myślałem, że będą dobrym sprawdzianem przed majowym Ultrabalatonem – bo to jest WIELKI PLAN na ten rok. Wszystko inne wcześniej to tylko rozgrzewka (tak myślałem).


W miarę jak zbliżał się termin startu, po kolei przychodziły mniejsze biegi. Pierwszy w lutym – lokalnie organizowany bieg na 55 km z Szederkény. Tam już wyraźnie czułem, że biegnę lekko i pewnie z czołówką. Skończyłem z czasem 4 h 46 min, mając jeszcze spory zapas energii, by biec dalej. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że praca treningowa, którą włożyłem przez całą zimę, może nie poszła na marne. Na czym ona polega? W skrócie: tygodniowo 5 treningów biegowych, 2–3 treningi siłowe na siłowni i 2 treningi pływackie.


Jako drugi przyszedł lokalny klasyk na powitanie wiosny: trasa Pécs–Harkány, 25 km, którą pokonałem w obie strony. Udało się ją przebiec w dość wymagających warunkach. W nocy przed zawodami spadł śnieg. Drogi były jeszcze rano pokryte błotem pośniegowym, kiedy wyruszyłem z Harkány do Pécsu na start zawodów. Samochody jadące z naprzeciwka porządnie mnie ochlapały. Moim celem było, by po dobiegnięciu z resztą stawki do Harkány zegar pokazał czas poniżej 2 godzin. Pierwsze 25 km przebiegłem w 2 h 10 min, spokojnie (o ile w takich warunkach można mówić o spokoju), ale żeby zrealizować plan, w drugiej połowie dystansu trzeba było porządnie przycisnąć. I to się udało, bo skończyłem z czasem 1 h 55 min, ze średnią 4:34 min/km. Najpiękniejsze było to, że nawet wtedy, na końcu, nie byłem całkiem wykończony. Chyba
trochę mnie poniosło. Zacząłem dzielić, mnożyć, liczyć i planować marcową setkę. Mogłem słusznie oczekiwać od siebie rekordu życiowego na 100 km. Oznaczało to dla mnie ukończenie tego dystansu w czasie poniżej 9 godzin.


Potem poznałem listę startową mistrzostw. W mojej kategorii wiekowej na liście zgłoszonych zobaczyłem niemal pełny skład obecnej krajowej elity ultrabiegaczy – a wśród nich własne nazwisko. Najpierw głośno się roześmiałem... potem poczułem dumę... a potem ogarnęła mnie niepewność, bo większość tych chłopaków biega 100 km spokojnie poniżej 8 godzin. I nie zaczęli rok temu, tak jak ja – większość z nich od 10 lat zalicza takie dystanse! No, pomyślałem, lepszy byłby dla ciebie bieg open...! Trudno, skoro już się w to wpakowaliśmy, to idziemy do końca! Nie wycofam się! O nie! Nigdy tego nie robiłem. To będzie prawdziwe wyzwanie! Przynajmniej dokładnie sprawdzę, gdzie stoję po roku startów w ultra i pół roku planowych przygotowań...


Od razu przyszedł mi na myśl klasyk (Attila József): „Jedz, pij, kochaj, śpij! Mierz się z całym wszechświatem!”... i to stało się także moją ars poetica.

I nadeszły zawody...

Wiedziałem, na co mnie stać, i wiedziałem też, na co stać innych. Spokojnie. Skupiałem się tylko na sobie i na celu dopasowanym do moich możliwości. Taktykę zbudowałem tak, by jak najmniej czasu tracić na odżywianie na postoju. Miałem być cały czas w ruchu, ściśle trzymać się planu odżywiania i w żadnym wypadku nie pozwolić, by tętno za bardzo poszybowało w górę. A potem będzie, co będzie – dystans jest długi
, także dla innych. (I tak rzeczywiście było).


Dzień wcześniej pojechaliśmy z żoną, Katą, do Velence. Zatrzymaliśmy się w znanym nam już pensjonacie, tym samym co w zeszłym roku przed 12-godzinnym biegiem nocnym. Wspomnienia były więc przyjemne. Po krótkim zapoznaniu się z trasą poszliśmy do znanej nam już restauracji na ostatnie ładowanie węglowodanów. Mini pasta party! To też się udało, nie licząc tego, że na pizzę czekaliśmy ok. 1 godziny 20 minut... bez stresu, da się przeżyć!


Wieczorem ostatnie szlify. Ubrania, odżywki, kremy, omówienie planu odżywiania. Wszystko na swoim miejscu.



Kata bardzo mi pomogła. Moja żona ma już wprawę w obsłudze punktu odżywczego i w logistyce!
Przed zawodami chyba nawet bardziej się nakręca niż ja. W organizacji i rezerwowaniu noclegów jest prawdziwą profesjonalistką. Tym razem miała jednak jeszcze trudniejsze zadanie, bo musiała pilnować, żebym trzymał się wcześniej ustalonej kolejności odżywiania. Nie histeryzuję podczas zawodów, ale warto mieć na mnie oko. Czasem zapominam jeść i pić... a tutaj mogłoby to być zgubne.


Nawet całkiem nieźle spałem. Na tyle, na ile można dobrze spać w obcym miejscu przed biegiem na 100 km. Wstaliśmy o 6:30. Śniadanie, prysznic i w drogę na kąpielisko Vízvár!


Pogoda była przepiękna. Na ten dzień zapowiadano nawet 17 stopni. Brzmiało to dość ostro, zwłaszcza że 3 dni wcześniej maksymalna temperatura wynosiła jeszcze 3 stopnie. Rozłożyliśmy punkt odżywczy, zamieniłem kilka słów z innymi biegaczami,

a potem wybiła 9:00!

Start wypadł bardzo podniośle!
Uczestników mistrzostw wywoływano do strefy startu po nazwisku. W mistrzostwach startowało 7 kobiet i 16 mężczyzn. Usłyszeć własne nazwisko pośród takich nazwisk to było wspaniałe uczucie. Potem jeszcze hymn Węgier... i START! W tle zabrzmiał też wielki klasyk – Vangelis (wspomnienia z Nagyatád, gęsia skórka, drżące ręce).



No niech mi ktoś powie, jak, do licha, w takim stanie podekscytowania tętno ma nie skoczyć! I jak tu nie wystrzelić ze startu jak rakieta! Ja też nie zrobiłem nic innego! Ruszyliśmy w tempie bazowym 4:20 min/km. Sama czołówka biegła około 4:00 min/km. Na to się jednak nie pisałem...


Od tej chwili ładnie dzieliłem dystans na 5-kilometrowe pętle... Obserwowałem, koncentrowałem się, jadłem, piłem, robiłem swoje.


Moje odżywianie wyglądało tak: co 35–40 minut jadłem jeden Hammer Gel. Na każdej pętli ok. 400 ml napoju z Endurolytes Fizz, a po 25 km popijałem Perpetuem, głównie ze względu na uzupełnianie białka. Sól tym razem uzupełniałem po prostu słonymi paluszkami i solonymi pomidorami. Poza bananami nie jadłem raczej stałych pokarmów, a w okolicy półmetka dostaliśmy dobrą zupę z makaronem, która bardzo mi smakowała.



Po drodze zdarzyło się też kilka zabawnych sytuacji. Na przykład raz minęła nas na rowerze postawna pani ze swoim jeszcze postawniejszym mężem. Rozmowa między nimi wyglądała tak: – „Ty! Co tu się dzieje? – Jakiś bieg. – Aha! No widzę. Popatrz! Jacy oni chudzi! Zamiast tak biegać, powinni raczej porządnie zjeść.” Śmiałem się z tego mniej więcej przez całą pętlę.


Zapamiętałem kilka ważniejszych danych. Maraton przebiegłem w 3 h 18 min, a 50 km w 4:01. Brzmiało to naprawdę dobrze, tyle że zostało jeszcze 50 km! Po 6 godzinach – 72 km! W tym momencie musiałem zwolnić. Moim celem było już wtedy nie 9 godzin, ale 8 h 30 min. Nie chciałem jednak odlecieć.


W miarę jak zawody zbliżały się do końca, zauważyłem, że kilku spośród wielkich się wycofało. Jednych pokonał upał, inni zeszli, bo nie byli w stanie osiągnąć tego, czego od siebie oczekiwali. W trakcie biegu trochę się nad tym zastanawiałem. Ja bym nie zszedł z trasy. Dlaczego? Bo dla mnie biegi ultra są cenne właśnie z powodu takich sytuacji. Kiedy natrafiasz na poważne trudności, kiedy musisz na nowo poskładać siebie i taktykę biegu. Kiedy trzeba rozwiązywać nieoczekiwane, trudne sytuacje. To uczy walki na trasie. Kiedy czas jest już sprawą drugorzędną. Z tego można się wiele nauczyć. Ja jestem ze starej szkoły. Na wszystko jest rozwiązanie! Boli? Gdzie? Dlaczego? Co możemy z tym zrobić? Poradzę sobie! Przewalczę to do końca. Jeśli nie ma naprawdę uzasadnionego powodu, nie schodzę z trasy! Tego się nauczyłem. Dla mnie poddanie się to strasznie trudny dylemat moralny. Na szczęście jak dotąd nie znalazłem się w takiej sytuacji!


Im bliżej było końca, tym swobodniej się czułem. Wiedziałem, że czas około 8 h 30 min jest w zasięgu.


Kata też mnie nie oszczędzała! Porządnie mnie pogoniła. Odezwała się w niej żyłka trenerska. Mam biec, biec, nie zatrzymywać się...


Ostatecznie dobiegłem z czasem 8:34:57. Co za postęp od zeszłego roku! Do tego zająłem 4. miejsce w Mistrzostwach Węgier na 100 km, za zawodnikami: Muhari Gábor, Bódis Tamás i Rudolf Tamás. I 7. miejsce w klasyfikacji generalnej!

Jestem dumny i szczęśliwy.

To były moje pierwsze zawody, na których używałem wyłącznie produktów Hammer Nutrition. Na nich oparłem cały plan odżywiania. U mnie sprawdził się idealnie. Mogę je tylko polecić!



Potem wróciliśmy do domu, do Pécsu. Emocje opadają. Obraz staje się coraz wyraźniejszy. Powoli wszystko zaczyna wracać na swoje miejsce. Tu i ówdzie jeszcze trochę boli.


Ale nie można długo spoczywać na laurach, bo już tylko dwa miesiące i startuje ULTRABALATON!
Hammer ON!

Poprzedni wpis
Następny wpis

Dziękujemy za zapisanie się!

Ten adres e-mail jest już zarejestrowany!

Kup ten zestaw

Wybierz opcje

Edytuj opcję
Back In Stock Notification
został dodany do koszyka.
Regulamin
this is just a warning
Zaloguj się