Powered by Smartsupp
Przejdź do treści
AKTUALNE OFERTY -20-30% | ZOBACZ

Sárdi Tamás – Pilis trail 8kilátás – pierwszy długi bieg w roku

Sárdi Tamás - Pilis trail 8kilátás - Az év első hosszúja - Hammer Nutrition CEE
Już w zeszłym roku bardzo chciałem wystartować w tych zawodach, ale z powodu przeciągającej się kontuzji pasma biodrowo-piszczelowego (ITB) musiałem zrezygnować – zostało mi kibicowanie i uroki dyżuru na punkcie kontrolnym.
W tym roku od razu wpisałem te zawody do kalendarza startów. Część trasy, ok. 20 km, prowadzi przez moje ulubione miejsce treningowe: Klastrompuszta – Kétágú-hegy – schronisko Sasfészek – Pilisnyereg – Fekete-kő – Pilis-tető.
Pomyślałem, że będzie to dobry sprawdzian okresu budowania bazy przed głównym startem pierwszego półrocza, UTH Szentlászló trail.
W połowie stycznia się rozchorowałem. Myślałem, że to zwykłe, kilkudniowe przeziębienie, ale zamiast tego przez 4 tygodnie męczyłem się z paskudnym kaszlem i bólem w klatce piersiowej. Były w tym dwa tygodnie zupełnie bez biegania i kilka bezowocnych prób.
Skutecznie zniweczyło to wszystko, co do tej pory zbudowałem...
Zostały mi 3 tygodnie na porządne przygotowanie do zawodów; początek był wyboisty, ale ostatecznie poszło całkiem nieźle dzięki planowi treningowemu, który ułożyła mi Fatima Szucs. W tygodniu przed zawodami temperatura spadła sporo poniżej zera, co zwykle nie sprawia mi problemu, ale tym razem gardło też nie było w 100% w porządku, więc na 3 dni przeniosłem się na bieżnię. Tego z kolei nie doceniło moje lewe ścięgno Achillesa – nawet chodzenie sprawiało mi trudność... Na szczęście Gabriella Gula, terapeutka kinesiotapingu, szybko pospieszyła mi z pomocą i nie pierwszy raz wyciągnęła mnie z kłopotów swoją wiedzą. Po 3 dniach odpoczynku w poniedziałek wróciłem już do treningów.
Dzień przed zawodami zaopatrzyłem się w paliwo od Hammer Nutrition, przejrzałem trasę i starałem się dobrze zaplanować uzupełnianie energii.
Wieczorem dostałem od Fati instrukcje na zawody, więc przed startem pozostało mi już tylko odpocząć.
Rano dotarłem niemal jako pierwszy do budzącego się jeszcze centrum zawodów. Lubię być na miejscu wcześniej, chłonąć atmosferę zawodów i porozmawiać ze znajomymi zawodnikami. Tym razem było tak samo: z Péterem Gyurkó i Anikó Táborosi rozmawialiśmy o zawodach z ostatnich tygodni i o czekającej nas trasie.
Na starcie też stanęliśmy razem. Zwykle nie ustawiam się z przodu, zostawiam to „wielkim”, ale tym razem miło było stanąć w pierwszym rzędzie....
Po starcie starałem się złapać wygodne, ale dynamiczne tempo i jakoś opanować tętno, które jak zwykle podskoczyło przez stres przedstartowy. Zaraz za miastem, porządnym podejściem, ruszyliśmy w stronę wieży widokowej „Jenga” (Dévény Antal) na szczycie Nagy-Kopasz. Już tu dotarło do mnie, że z maksymalnym tętnem 166, które dostałem na pierwszą połowę zawodów, jeszcze nieraz się pokłócę. Od dłuższego czasu trenuję i startuję z kontrolą tętna, ale wciąż czasem trudno mi zaakceptować, że kiedy dochodzę do ustalonego maksimum, to idę, choć inni wokół mnie biegną. Jednocześnie wiem, że to się później opłaci, a to, co w takich chwilach „tracę”, później zamienię na zysk.
Na zbiegu za Jengą, do punktu kontrolnego w Csév, wróciłem na czoło stawki.
Stąd we trójkę zaczęliśmy kolejne duże podejście, czerwonym szlakiem w stronę jaskini Csévi – razem z Nórą (która ostatecznie wygrała wśród kobiet) i, jeśli dobrze pamiętam, z Ákosem.
Nasze trio trzymało się razem dość długo, na zmianę prowadziliśmy, czasem fajnie sobie rozmawiając. Ani przed nami, ani za nami nie było nikogo w zasięgu wzroku. Po wejściu czerwonym szlakiem przyszło pierwsze większe morze błota: w rzadkim błocie po kostki ruszyliśmy zielonym szlakiem w stronę skały Kémény. Po szybkiej rejestracji na punkcie kontrolnym zjechaliśmy żółtym szlakiem do Klastrompuszty, gdzie trochę zostałem w tyle, bo zgodnie z planem miałem tu uzupełnić bidony napojem HEED. Cieszyłem się, że dobrze trzymam się też planu nawadniania. Do Kétágú-hegy udało mi się ich dogonić, więc znowu we trójkę zaczęliśmy podejście. Choć dużo tu trenuję, wolę tu schodzić niż wchodzić... Na górze, na punkcie kontrolnym, czekała koleżanka z drużyny, Elvira, i przywitała mnie wiadomością, że jestem 9., a przed nami są jeszcze 2 dziewczyny. To mnie trochę podbudowało. Przed schroniskiem Sasfészek wyprzedziliśmy dziewczynę, która dotąd prowadziła, a potem zaczęliśmy zbieg do punktu odżywczego w Szentlélek. Nie był bezpieczny, bo prowadziła w dół bardzo wąska i stroma ścieżka. Raz nawet się poślizgnąłem, ale na szczęście po metrze udało mi się czegoś złapać, więc nic się nie stało. Na punkcie odżywczym starałem się dobrze napełnić bidony i porządnie się posilić, bo czekał nas dość długi, prawie 10-kilometrowy odcinek pod górę.
Wciągnąłem kawowego, kofeinowego Hammer Gela, bo od tego miejsca nie obowiązywał mnie limit tętna i mogłem biec na czucie. Czy to żel, czy „wolna ręka” dodały mi skrzydeł, w każdym razie zacząłem odrywać się od pozostałych, a do tego zaczynał się jeden z moich ulubionych odcinków, aż na Pilis-tető..... Tyle że tym razem nie pokazał swojej przyjaznej twarzy. Na punkcie kontrolnym Fekete-kő usłyszałem, że jestem w czołówce, a zawodnik przede mną jest tylko kilka minut dalej... Oho, no to w drogę... ale mój entuzjazm szybko ostudziła śnieżna breja po kostki.... Próbowałem wymyślić, jak się w niej najskuteczniej poruszać, ale dobrego rozwiązania nie było. Bieganie było chyba łatwiejsze, mniej się ślizgałem, więc biegłem dalej. I przyniosło to efekt: po 3 km dogoniłem chłopaka przede mną; szedł z kijami, ale widać było, że też porządnie męczy się w tym śniegu. Do wieży widokowej Boldog Özséb trzeba było zboczyć z trasy, żeby podbić kartę kontrolną. Tu minąłem się z Jeanem, który już ją podbił, więc miał nade mną kilka minut przewagi. Z perforatorem czekał Peti i powiedział mi, że jestem piąty; szybkie podbicie karty i ruszam za Jeanem. Czekało nas ok. 8 km zbiegu – pomyślałem, że tu przycisnę, bo i tak lubię szaleć w dół. Niestety poprzedni odcinek kosztował mnie więcej, niż myślałem...., w dół bardzo się męczyłem, uda buntowały się przeciw szybkiemu tempu. Na 38. km przyszedł większy kryzys, który próbowałem przetrwać, łącząc marsz z biegiem. Po jakimś czasie pojawił się za mną chłopak, którego wyprzedziłem jeszcze na górze – nie było wyjścia, trzeba było biec. Na ostatni punkt odżywczy czekałem jak na zbawienie, bardzo potrzebowałem coli. Na szczęście cola była i trochę postawiła mnie na nogi. Chłopak w końcu oczywiście mnie dogonił, więc na ostatnie 7 km ruszyliśmy razem. Znałem ten odcinek z Piros85, wiedziałem, że czeka nas jeszcze duże podejście. Ustawiłem się za nim i starałem się dawać z siebie tylko tyle, żeby się go utrzymać. Na podejściu on też ciężko wzdychał, więc wiedziałem, że nie jest w dużo lepszym stanie niż ja... Po ostatnim podbiciu karty zostały już tylko 3 km, więc zdecydowałem, że ruszam, co będzie, to będzie... Przez jakiś czas nie odważyłem się nawet obejrzeć, ale potem słyszałem już tylko własny tupot.... Plan się udał, urwałem mu się.... Uspokoić się nie mogłem, więc nie odpuszczałem tempa. Ciężko dysząc, czekałem, aż skręcę do bramy mety – i byłem na mecie. Lajos zabrał ode mnie kartę kontrolną, a ja padłem na plecy w pierwszym miejscu, gdzie się dało.
Nie zostało we mnie nic; obok zmęczenia ogarnęło mnie poczucie satysfakcji. Udało się! Czułem, że te zawody mogą mi dobrze pójść, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Ostatecznie chłopaka z 3. miejsca zdyskwalifikowano za pominięcie punktu kontrolnego, więc awansowałem na 4. miejsce. Do podium zabrakło 2 minut – tu trochę dopadło mnie rozczarowanie, że tylko 2 minuty... ale szybko je odgoniłem, bo wiedziałem, że więcej się nie dało, zrobiłem, co mogłem....
Do Szentlászló trail zostały mi 2 miesiące... Przede mną jeszcze dużo pracy, żeby i te zawody zakończyć podobnie dobrym – jak na moje możliwości – wynikiem...
Poprzedni wpis
Następny wpis

Dziękujemy za zapisanie się!

Ten adres e-mail jest już zarejestrowany!

Kup ten zestaw

Wybierz opcje

Edytuj opcję
Back In Stock Notification
został dodany do koszyka.
Regulamin
this is just a warning
Zaloguj się