W niedzielę 22 kwietnia w Balatonfüred odbył się Runners World Run, w którym już tradycyjnie wystartowałam na dystansie maratońskim. Ponieważ to zawsze zawody o świetnej atmosferze, do tego nad pięknym Balatonem, co roku znajdują miejsce w moim kalendarzu. W tym roku czekałam na ten dzień jeszcze bardziej niż zwykle, bo wypadał akurat w moje urodziny. Już na kilka dni przed zawodami z prognozy pogody przeczuwaliśmy, że raczej nie zmarzniemy, z czego bardzo się cieszyłam. Zimowe miesiące zawsze znoszę bardzo ciężko, zarówno na co dzień, jak i pod względem biegania, więc nie mogłam się już doczekać dobrej pogody, jaskrawego słońca i ciepła. Co dziwne, w przeciwieństwie do większości biegaczy ja lubię biegać właśnie wtedy, gdy jest jak najcieplej – latem, w upale. Na urodziny poprosiłam więc o piękne balatońskie lato – i je dostałam. Maraton wystartował o 11:00, więc biegliśmy w południowym upale; jak na kwiecień było niezwykle ciepło, temperatura przez cały czas utrzymywała się w okolicach 30 stopni, a na trasie prawie nie było zacienionych odcinków, więc pod koniec porządnie zapracowaliśmy na letnią opaleniznę.
Trasa – podobnie jak w poprzednich latach – składała się z 4 pętli o długości teoretycznie 10,55 km, jednak w tym roku organizatorzy trochę „zażartowali” sobie z zawodników i dość hojnie wytyczyli trasę, tak że każda pętla była dłuższa o około 300 metrów. Maraton w ich wersji liczył więc 43,4 km zamiast tradycyjnych 42,2. No cóż, nie powiem, żeby te dodatkowe 1,2 km na ostatniej pętli szczególnie mnie ucieszyły, ale były „wyczerpujące” raczej psychicznie niż fizycznie.
Na podstawie doświadczeń z poprzednich lat wiedziałam, że na pierwszej i drugiej pętli stawka jest jeszcze bardzo liczna (biegną wtedy z nami również uczestnicy dystansu 10,5 km i półmaratonu), a na trzeciej i czwartej pętli zostają już tylko maratończycy. Przyznaję, że zawsze dużo bardziej lubię tę uszczuploną stawkę – wtedy wszystko jest już bardziej rodzinne, choć na szczęście te zawody (jeszcze) nie są typową masową imprezą, jakich jako introwertyczka staram się unikać.
Jeśli chodzi o tempo, planowałam biec równo kilometry po 6:00–6:10, wygodne i bezpieczne dla mnie także na długim dystansie, a w razie potrzeby podejście na ostatniej pętli pokonać marszem – i praktycznie udało mi się tego trzymać; przez cały czas był to stabilny bieg z dobrym samopoczuciem. Nigdy nie gonię za tempem; dla mnie znacznie ważniejsze jest, żebym po przekroczeniu mety nadal była w stanie się ruszać, a ponieważ kostka/stopa czasem lubi mi dokuczać, zawsze szczególnie uważnie słucham sygnałów mojego ciała. Zgodnie z tym ułożyłam też plan odżywiania. Na 4 pętle przygotowałam 5 porcji Hammer Gel, 3 batony Hammer Bar i dwa bidony 750 ml, każdy z 3 miarkami Perpetuem, a na po biegu nieodłączny Recoverite; na punktach odżywczych piłam tylko wodę i colę oraz jadłam solone pomidory. Produkty Hammer znów spełniły oczekiwania: zapewniły równy poziom energii, a batony Hammer Bar idealnie zastąpiły obiad. W dużym upale warto jednak będzie w przyszłości uważać, żeby nie brać batonów z czekoladą, bo niestety bardzo się topią, a ich jedzenie robi się wtedy kłopotliwe, ale migdałowy i żurawinowy sprawdzają się świetnie nawet w takich warunkach. Podsumowując – był to bardzo przyjemny bieg, w przepięknym miejscu, w kwietniowym lecie; oby każde urodziny były takie :)




