W Dzień Matki po raz pierwszy w życiu pobiegłam w Győr – mieście, w którym dorastałam i które do dziś jest dla mnie najpiękniejsze i najbliższe sercu – na dystansie 50+ km biegu Sri Chinmoy. Ponieważ te zawody odbyły się dokładnie dwa tygodnie po maratonie, który przebiegłam w urodziny, wcześniej odważyłam się zapisać tylko na dystans maratoński, ale po dobiegnięciu do mety w Füred, ponieważ czułam się zupełnie dobrze, szybko przepisałam się na 50+ km. Zawody odbyły się w pięknym otoczeniu, na terenach zalewowych Dunaju Mosońskiego (Mosoni-Duna), w lesie Püspök-erdő w Győr, na 4,2-kilometrowej leśnej pętli; na naszym dystansie trzeba było pokonać 12 pętli. Wcześniej pisałam, że nie lubię zawodów na pętlach, ale teraz powiedziałabym raczej, że mam do nich ambiwalentny stosunek. Są o tyle dobre, że mogę dokładnie zaplanować odżywianie, na pierwszej pętli poznaję wszystkie zalety i trudności trasy, a potem praktycznie wystarczy dokładnie trzymać się zaplanowanego scenariusza. Ponieważ osoba, z którą zwykle biegam, tym razem nie mogła ze mną pojechać, wyruszyłam na trasę sama. Dlatego dzień wcześniej trochę się denerwowałam, ale rano w dniu zawodów stanęłam na starcie już zupełnie spokojna. Wiedziałam, że będzie długo, ale wiedziałam też, że ten dystans pokonuję już bezpiecznie. Wiedziałam, że będzie gorąco, ale też, że to uwielbiam – nie tylko mi to nie przeszkadza, ale właśnie wtedy biega mi się najlepiej. Wiedziałam, że będę sama, ale wiedziałam też, że jednak nie – bo po raz pierwszy w mojej biegowej karierze jestem naprawdę W DOMU i po raz pierwszy w życiu na mecie będzie na mnie czekać rodzina. Ponieważ od ostatnich zawodów minęło niewiele czasu, nie miałam żadnego planu czasowego ani oczekiwań wobec siebie – chciałam tylko zaliczyć dobrze rozplanowany, równy i bezpieczny bieg, dokładnie trzymając się zaplanowanego odżywiania. Wyszło to tak dobrze, że mój dotychczasowy najlepszy czas na 50 km – z marca, z Velence – poprawiłam o 8 minut, co wystarczyło do 2. miejsca wśród kobiet.
Zawody miały świetną atmosferę i były zdecydowanie w moim guście. Nie było dudniącej muzyki, nie było tłoku, nie było hord kibiców wrzeszczących wzdłuż trasy, byli za to POMOCNICY w najszlachetniejszym znaczeniu tego słowa i doskonały spokój. Na całej trasie muzykę zapewniały ptaki, a szum drzew dodawał jej uroku. Na leśnym punkcie odżywczym w połowie pętli flecista i kilku skrzypków grali nam przez cały dzień łagodne, przyjemne melodie, a w strefie startu i mety również rozbrzmiewała spokojna, medytacyjna muzyka. Wszystko było idealne na taki dystans. Te zawody zdecydowanie trafiły na listę moich stałych corocznych startów.
Na odżywianie zabrałam 2 bidony Perpetuem, 5 porcji Hammer Gel o smaku Nocciola, 2 batony Hammer Bar, 10 tabletek z solą, a na po biegu jedną porcję Recoverite. Zgodnie z planem od trzeciej pętli na punkcie w połowie trasy brałam na każdej pętli jedną tabletkę z solą (świetnie sprawdziło się to zresztą jako licznik pętli :) ), od drugiej pętli co drugą pętlę zjadałam porcję żelu, przed startem i w południe zjadłam po jednym batonie, a dwa bidony Perpetuem wypijałam stopniowo i równomiernie. Plan zadziałał idealnie: przez cały czas czułam się dobrze i mogłam biec równo; podbieg na wał nie sprawiał trudności nawet na ostatniej pętli, a na mecie czułam się niemal świeża. A dzięki Recoverite nawet następnego dnia mięśnie nie były zmęczone.




